05.03.2017

II.VI Starzy znajomi, nowi wrogowie

Ostatni rozdział ukazał się półtora roku temu. Właściwie z dużym prawdopodobieństwem nic więcej już nie ukazałoby się na tym blogu, ale do dokończenia rozdziału zainspirowały mnie głosy, jakie się ostatnio odezwały w związku z wrzuceniem opowiadania na platformę Wattpad (w linkach, gdyby ktoś był zainteresowany). Właśnie - uspokajam, że tamto konto jak najbardziej należy do mnie ;)
Nie obiecuję, że pojawi się tutaj cokolwiek więcej, ale nie porzucam oficjalnie bloga. Jest to dobra odskocznia od innych, ambitniejszych projektów. Tak więc nie mówię "nie" - mówię "może" i "chciałabym". A teraz bez przedłużania - oto najnowszy rozdział. I mam nadzieję, że jego lektura okaże się dobrą rozrywką :)


Previously on LOST... To znaczy, w poprzednich odcinkach:
Baala, Erika, Kakuzu i Hidan dotarli do Kraju Wiatru, gdzie mają za zadanie odnaleźć i zabić przywódcę potężnej grupy przestępczej, niejakiego Kuro. Docierają do Tsurugi, miasta, w którym kwitnie hazard, tam też się rozdzielają - Kakuzu i Baala, tropiąc wzmianki o tajemniczych Tsumaranai, trafiają na podziemną arenę...

***

ROZDZIAŁ VI: STARZY ZNAJOMI, NOWI WROGOWIE

Z mocno bijącym sercem Baala zbliżyła się do barierki. Znajdował się tam pierwszy rząd siedzeń, które ciągnęły się wokół całej elipsoidy areny. Ostatni stopień trybun wybudowano na wysokości około pięciu metrów nad wysypanym piaskiem polem walki; bezpieczeństwo widzom zapewniała mocna, metalowa siatka zabetonowana w ziemi i sięgająca sufitu, a zapewne także techniki barier ochronnych. Wewnątrz tak skonstruowanej klatki chwilę temu miała miejsce zażarta potyczka, o czym świadczyły wyryte w piachu kratery. Dziewczyna zdążyła jeszcze dostrzec dwójkę ludzi wywlekających z areny bezwładne, zostawiające za sobą rozmazany ślad krwi ciało. Przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.
Skupiła się na celu. Chciała się dowiedzieć, jaki interes miał tutaj Kakuzu. Rozejrzała się na boki; wypełnione co do ostatniego miejsca trybuny zakrywał cień, a mocne światło reflektorów było skierowane głównie na arenę. W powietrzu wisiał zatęchły odór potu wielu ciał, papierosowego dymu i podniecenia, a także gryząca woń krwi starej oraz całkiem świeżej. Aż zakręciło jej się od tego wszystkiego w głowie, chociaż i tak wcześniejsze napięcie zdążyło opaść wraz z rozstrzygnięciem walki. Zamaskowany członek Akatsuki powinien wyróżniać się wzrostem i ubiorem, ale nie dostrzegała nikogo, kto by go przypominał.
Rozglądała się uważnie, powtarzając w myślach podsłuchaną w pubie dyskusję, jakby spodziewała się dostrzec drugie dno, które wcześniej jej umknęło. Co w tej rozmowie mogło aż tak zafrapować Kakuzu, że bez chwili namysłu ich zostawił i tutaj przyszedł? Interes... obstawianie walk... duże pieniądze, może o to chodziło? Ostatecznie sam powiedział, że zajmuje się zbieraniem funduszy dla organizacji, po to przecież chcą zabić Kuro, by dostać za niego bajeczne sto milionów nagrody... O czym to jeszcze tam mówili, ach tak, że Kuro zamknął areny, ciekawe... Czemu miałby rezygnować z takiego biznesu, jeśli walki przynoszą aż takie zyski? I jakaś nowa grupa w mieście, dziwnie się nazywali... Tsumaranai?
Myśli umknęły jej z głowy, gdy z setek gardeł wydobył się głośny ryk. Odruchowo spojrzała na arenę, na którą wchodziło dwóch kolejnych zawodników, a raczej jeden z nich wchodził, bo drugiego niemal siłą wprowadzano. Przez chwilę patrzyła na to, ale potem odwróciła wzrok i nie oglądała się, nie dając się już skusić pełnym emocji krzykom, od których aż dostawała gęsiej skórki.
Tak się zadumała, że nieomal potknęła się o coś wielkiego, co leżało na jej drodze. Szybko odzyskała równowagę i wycofała się o krok, automatycznie sięgając dłonią do kabury z kunai, by obronić się przed ewentualnym atakiem. Adrenalina w niej opadła, gdy zamiast potencjalnego wroga zobaczyła przed sobą zwłoki... należące do tego samego mięśniaka, którego śledził Kakuzu. Leżał z rozrzuconymi rękami i nogami. Miał skręcony kark.
Przełknęła ślinę. Nie musiała pytać, czyje to dzieło.
Co mi strzeliło do głowy?, pytała samą siebie, omijając ostrożnie ciało. Chociaż trybuna zaczynała się zaledwie trzy kroki dalej, nikt nie zauważył, jak tuż za ich plecami kogoś pozbawiono życia. Baala nagle straciła ochotę na dalsze tropienie Kakuzu. Czując, że popełnia ogromny błąd, szła dalej, okrążając wielką arenę.
Walka w dole już się rozpoczęła, świadczyły o tym podniecone krzyki widzów. Dziewczyna przyspieszyła, biegnąc cicho po balkonie i wbijając wzrok w półmrok trybun, szukając wysokiej sylwetki Kakuzu.

*

- Coś jest na rzeczy, mówię ci! Trzeba by być ślepym, żeby tego nie zauważyć!
Erika wymachiwała kieliszkiem, mówiąc tak głośno, że słyszała ją cała knajpa. Na szczęście cała knajpa postanowiła ignorować jej jazgotanie, zajęta grą w karty, piciem na umór i sprośnymi żartami. Ten i ów bywalec zerkał co jakiś czas na krótką spódniczkę dziewczyny, nie dość jeszcze pijany, by w głowie zakwitły mu odważniejsze myśli. Poza tym wielka, trójzębna kosa, oparta o krzesło towarzyszącego jej mężczyzny, skutecznie studziła zapał do amorów.
- No, kurwa, nie uwierzę - odparował Hidan z właściwą sobie elokwencją. Na jego posągowej, gładkiej jak pupa niemowlaka twarzy pojawiały się nieśmiało rumieńce alkoholowego upojenia. - Baala i Kakuzu? A właściwie, ten stary pierdolec i jakakolwiek kobieta? O w życiu!
- No pomyśl - rzuciła zielonka mądrym tonem, opierając jeden łokieć na brudnym blacie stołu i nachylając się do Hidana. - Ciągle ich widzę blisko siebie, zresztą ona się za nim wszędzie włóczy! To bardzo... nieeleganckie. - Jednym haustem wypiła zawartość kieliszka, z hukiem odstawiając go na blat. Jej towarzysz skwapliwie rozlał następną kolejkę. - Mi to zawsze babcia powtarzała, że dobrze prowadząca się dziewczyna nie lata za facetami.
Hidan pomyślał, że Erika nie wygląda jak dobrze prowadząca się dziewczyna, ale nie powiedział tego na głos.
- Właściwie całkiem do siebie pasują - paplała dalej Okamura, zakładając nogę na nogę. Intensywność rzucanych jej zewsząd spojrzeń wzrosła. Hidan położył dłoń na kosie, a wówczas intensywność wróciła do poprzedniego poziomu. - Dwa nudne sztywniaki. Ale nie miałam pojęcia, że ona lubi starszych! A tak właściwie, to jak stary jest ten Kakuzu?
- Stary w chuj - odparł usłużnie Hidan, pijąc z kieliszka.
Erika pokiwała z powagą głową.
- Jak facet jest stary, to pozostaje mu już tylko być bogatym. Jest bogaty, no nie?
- Noo... - Siwus musiał się zastanowić. Otępiałe alkoholem komórki mózgowe były zbyt rozleniwione, by szybko przetwarzać informacje. - Pewnie tak. Przecież nie myśli o niczym innym, tylko zbieraniu forsy.
- Żonaty? - Hidan parsknął śmiechem i pokręcił głową. - Płaci alimenty?
- Hmm... cholera go wie. Ja tam nie wyobrażam go sobie z gromadką dzieci. To musiałyby być brzydkie dzieci. Szkoda tak krzywdzić jakąkolwiek kobietę.
- No, mogło być gorzej! - stwierdziła Erika, najwyraźniej zadowolona z wyniku tego krótkiego wywiadu. - Co prawda jest zdziwaczały, jak każdy stary kawaler, no ale jak jest już w podeszłym wieku... Baala musi tylko przypilnować, by spisał testament. - Uśmiechnęła się, dumna z własnej przebiegłości. Dopili kolejkę.
- Idziemy gdzieś indziej? - zaproponował Hidan. - Tutaj śmierdzi. I denerwują mnie spojrzenia.
- Jakie spojrzenia?
Wstał od stołu, szurając krzesłem. Chwycił kosę, przewieszając ją przez plecy. Ludzie przy pobliskich stolikach rozsądnie poodwracali głowy, zanim zdążyliby je stracić.
- Teraz żadne. No, chodź.

*

Mieli tutaj dobrą ochronę. Nakrywszy intruza w korytarzu zastrzeżonym wyłącznie dla personelu, najpierw atakowali, potem zadawali pytania. Sądząc po zajadłości ataków, nie zależało im na odpowiedziach.
Kakuzu rozejrzał się w jedną i drugą stronę korytarza, ale nikt nowy już nie nadbiegał. Ciała pozostałych leżały porozrzucane po podłodze, jedno nawet utknęło na rurze wentylacyjnej po sufitem. Czerwone rozpryski na ścianach nie pozostawiały wątpliwości, co się właśnie tutaj wydarzyło.
- Będziesz gadał, czy mam szukać kogoś bardziej chętnego do rozmowy? - zapytał, mierząc spojrzeniem stojącego kilka metrów dalej mężczyznę. Ten był blady i stał w napiętym bezruchu, jak człowiek, który bardzo stara się powstrzymać drżenie.
- Jeśli ci cokolwiek powiem, zabiją mnie. - Przymknął oczy, jakby sądząc, że zmasakrowane ciała znikną, jeśli odpowiednio długo nie będzie na nie patrzył.
- Wolisz, żebym ja to zrobił?
- Nie rozumiesz. On... on zawsze wie. Słyszy.
Kakuzu ruszył do przodu. Mężczyzna usłyszał albo wyczuł jego ruch, bo otworzył oczy i cofnął się panicznie. Szybko się jednak opanował i zatrzymał. Grdyka mu podskoczyła, gdy przełykał ślinę. Musiał zdawać sobie sprawę, że nie ucieknie. Nie po tym, jak zobaczył, do czego intruz jest zdolny.
- Zawsze możesz mieć nadzieję, że chwilowo ogłuchł. - Kakuzu nie miał nastroju do dyskusji. Lepszy od przesłuchiwania był w sprawianiu, że ludzie przestawali być żywi. - Więc?
Rozmówca westchnął jak ktoś, kto godzi się z losem.
- Są w mieście od niedawna. Trochę ponad pół roku, chyba. Od razu zaczęli organizować walki na arenach. Wszyscy myśleli, że tutejsze gangi albo Kuro zaraz ich zmiotą, ale... - Zaciął się.
- Ale co? - warknął Kakuzu niecierpliwie. - Kuro się nimi nie zainteresował, tak?
- T-tak. A inne gangi... No... to nie była wojna, to... Podobno zabili każdego, kto wszedł im w drogę. Myśmy z mniejszych gangów postanowili do nich dołączyć...
- Skąd biorą ludzi do walk?
- Nie wiem! My tylko nadzorujemy... no... - Znów przełknął ślinę. - Aukcje - wykrztusił w końcu. - I sprzątamy.
Kakuzu poczuł gdzieś w okolicy żołądka szarpnięcie wściekłości. Powstrzymał ochotę, by rozłupać najbliższą głowę jak orzech.
- Kto jest ich przywódcą? Gdzie go znajdę?
Mężczyzna nabrał oddechu. A potem wytrzeszczył oczy.
Z piersi wystawał kawałek czarnego ostrza. Czarnego... czegoś, co przypominało ostrze. I co wyrastało z cienia mężczyzny. Było jego cieniem.
Kakuzu nie zdążył się poruszyć, gdy ostry kształt cofnął się, rozpływając w plamie na podłodze, stając na powrót tylko cieniem. Mężczyzna zachwiał się i poleciał twarzą do przodu. Koszulę na plecach miał zabarwioną krwią.

*

Baala znalazła... nie Kakuzu, co prawda, ale coś równie ważnego. A potem - kłopoty.
Przemykała korytarzami, gdzie z całą pewnością nie byłaby mile widziana, gdyby tylko miał kto ją widzieć. Ponieważ jednak były puste, zaszła daleko, aż do długiego szpaleru, po bokach którego ciągnęły się ciasne, przegrodzone kratą cele. W takich warunkach nie spodziewałaby się zobaczyć nawet zwierząt, ale tam... byli ludzie. Wywarło na niej szok to, że ani jedna twarz nie obróciła się w jej stronę. Nie chciała myśleć nad tym, co doprowadza człowieka do takiego otępienia.
Nie rozmyślała długo nad znaleziskiem, bo usłyszała za sobą ostry krzyk. Odwróciła się na pięcie w samą porę, by dostrzec mgnienie światła. Odskoczyła w bok, unikając długiej igły, która świsnęła cicho w powietrzu i poleciała dalej.
- Intruz! - zawołał kobiecy głos. - Brać ją!
Dziewczyna zaklęła w duchu. Ku niej biegło dwóch strażników, ochroniarzy czy kogo tam oni tutaj zatrudniali. Jeśli użyje ognia, płomienie mogą wpaść do cel... Och, do diaska, to nie moment, by martwić się obcymi ludźmi!, pomyślała.
Zaczęła wykonywać pieczęci. Przeciwnicy wyciągnęli w biegu bronie, wyglądające tak groźnie, że chyba miały raczej odstraszać niż ranić.
Zawahała się przed wykonaniem ostatniej pieczęci. Przecież poparzy tych wszystkich ludzi... Problem ze źle działającym sumieniem - a takie miał prawdopodobnie każdy najemnik - polegał na tym, że odzywało się w bardzo, ale to bardzo nieodpowiednich momentach. Zaklęła, tym razem na głos, rozłączyła ręce i sięgnęła po kunai.
Pierwszy ochroniarz do niej dopadł, wznosząc do ciosu karykaturalnie wielki tasak. Baala drgnęła, przypominając sobie rekiniastego człowieka z Akatsuki... po czym szybko odegnała tę myśl i usunęła się lekko w bok. Kiedy stal opadała, oparła jedną dłoń o metalową posadzkę, z rozmachem zadając kopniak prosto w szczękę przeciwnika. Ku swemu zaskoczeniu nie dosłyszała oczekiwanego chrupnięcia, a jedynie głuchy odgłos, a jej stopa, zamiast przekręcić mu brodę w bok, wgniotła się w nią jak w dobrze wyrobione ciasto...
Szarpnęła nogą i skoczyła do tyłu, wyciągając przed siebie kunai dla obrony. Z twarzy ochroniarza, wklęśniętej od jej kopniaka, sypały się ciemne grudy.
Klon z ziemi! Dała się zaskoczyć, przez co ledwie zdążyła sparować uderzenie zębatej piły, którą zaatakował drugi strażnik-klon. Widywała już sobowtóry z cienia, wody i powietrza, ale to... Pierwszy z ochroniarzy nie rozpadł się po ciosie ani nie rozwiał, jak zrobiłyby to kopie z innych żywiołów, ale ruszył znów ku niej. Co to za poziom techniki?!
Cofając się do tyłu, zerknęła ponad głowami ziemnych sobowtórów na stojącą u wylotu korytarza kobietę, tę, która wydała rozkaz. Czy to ona nimi sterowała? Ale nie miała czasu nad tym rozmyślać, bo klony rzuciły się na nią, chcąc przekroić ją wpół. Skoczyła w górę, przelatując ponad ich głowami i wylądowała, przeturlawszy się po podłodze. Wstała od razu, wykorzystując siłę pędu, i pognała w stronę kobiety. Tamta wykonała pieczęci.
Coś znienacka owinęło Baalę w pasie i ścisnęło z siłą, z jaką uderza bat. Stęknęła, gdy na moment odebrało jej dech. Chwilę potem złapało ją też za szyję, unieruchamiając w miejscu. Zdołała się obejrzeć i zobaczyć, że oplatały ją jakieś pnącza, które wyrosły z głów strażników, teraz już nie przypominających ludzkich twarzy. To musiało być Ograniczenie Więzów Krwi, była tego pewna. Więc ta kobieta mogła władać roślinami, ale potrzebowała ziemi, z których musiałyby wyrosnąć, do tego jej były potrzebne sobowtóry...
Muszę użyć ognia! Dłonie wzniosła do pieczęci. Muszę... wtedy wygram... jeśli nie...
Zacisnęła powieki i zagryzła zęby. Palce jej zesztywniały. Zabić bezbronnych, spalić żywcem, to coś innego, niż spopielić w walce.
Zacisnęła dłonie w pięści.

*

- I jeeeeszcze jeden, i jeeeeszcze raz!
Pijacki śpiew niósł się po ulicy, gdy Erika i Hidan, podtrzymując się nawzajem, szli zygzakiem przez idealnie prostą ulicę. Właściwie to raczej trzeźwa jak ryba Erika podtrzymywała podpitego Hidana, ale Erika nie potrzebowała alkoholu, by mieć pijacki nastrój. Śmiali się głośno, bez powodu, z samej radości nad błędnymi krokami i pustymi głowami. Alkohol, co prawda, plątał drogę pod nogami, ale jak cudownie wyprostowywał wszystkie problemy!
- Eeeej - zagaiła Erika - chodźmy pograć!
- Może tam? - Hidan wskazał w kierunku, gdzie przed oczami pływał mu jaskrawy neon, przedstawiający dwie kostki do gry. Zaśmiał się. - Pokażemy Kakuzu, że gówno wie o haz... haza... no, tym czymś, jak wygrywasz i przegrywasz. Za pieniądze. No.
- Ale my wygramy! - krzyknęła zielonka, wybuchając śmiechem. - Niech drżąąą! Królowa Gier nadchodzi!
Odlepiła się od Hidana i przyspieszyła kroku. Siwus poszedł za nią, jedynie pięć razy o mało co nie wyrżnąwszy o bruk, nim dotarli do drzwi lokalu. Gdy weszli do środka, świat wokół zrobił się nieco mniej przyjazny i wesoły, ale pijanemu Hidanowi to nie przeszkadzało, a Eriki nic nie było w stanie onieśmielić. Półmroczne wnętrze, zasnute dymem i napiętym wyczekiwaniem, wypełniali siedzący na matach gracze. W pasie pustej przestrzeni pod przeciwną ścianą klęczeli krupierzy, każdy uzbrojony w kubek i dwie kości.
Gdy wkroczyli, z rozmachem trzaskając drzwiami, spojrzenia wszystkich skierowały się w ich stronę.
- To kto jest gotów przegrać dziś fortunę?! - rzuciła zielonka zawadiacko od progu.
Nawet gdyby nie była po długim wieczorze wypełnionym piciem w dobrym - w sensie: rozrywkowym - towarzystwie, i tak nie przejęłaby się widokiem krupierów, których odsłonięte ramiona i torsy pokrywały barwne wzory tatuaży. Zebrani oczekiwali z pewnością, że jej towarzysz szybko otrzeźwieje i ją stąd wyprowadzi, ale nie wiedzieli, że Hidan przejawiał jeszcze mniej instynktu samozachowawczego od Eriki.
- He, same doborowe towarzystwo - zarechotał w sposób świadczący o raczej niskiej inteligencji. Poprawił nonszalanckim gestem kosę na plecach, wyraźnie nieświadom, że w domu gier należącym do gangsterów jest to co najmniej głupie zagranie.
Krupierzy zerknęli w kąt pomieszczenia, gdzie za trzcinową przesłoną siedzieli chyba ich szefowie. Milcząca decyzja najwidoczniej była pomyślna dla ekscentrycznej dwójeczki, bo spojrzeli znów na nowych gości, tym razem z lekkimi uśmieszkami.
- Zapraszamy do gry - rzekł zachęcająco jeden z nich. - Państwo znają zasady?
- No ba! - zawołała Erika, podchodząc bliżej i siadając między innymi klientami. Ci instynktownie odsunęli się na boki, przeczuwając zmysłem hazardzistów, że mają do czynienia z totalnymi amatorami.
A każdy wie, że pech naturszczyków jest wyjątkowo zaraźliwy.

*

Starała się panować nad oddechem. Kiedy liczenie nie pomagało, nadchodził czas, by kontrolować każdy wdech i wydech. Tylko to starała się mieć w myślach. Wdech. Wydech. Wdech... Wydech... Powoli! Za szybko! Nie, nie rozpraszaj się, wdech...
Zabiję ją!
Ta myśl nie należała do niej. Wymknęła się z tego mrocznego, odległego miejsca w najgłębszym zakątku umysłu, gdzie trafiało wszystko, z czym ani świadomość, ani podświadomość nie chciały mieć do czynienia. A teraz, wyczuwszy okazję, wyskoczyło, przebijając się do jaźni niczym dentystyczne wiertło.
Miała wrażenie, że jej serce bucha ogniem jak piec, do którego chluśnięto benzyny.
Tylko na wpół świadomie zdawała sobie sprawę, że metalowe płyty podłogi pod jej stopami stają się czerwone. Nie czuła żaru, ale widziała, jak powietrze wokół faluje. Czarne paprochy, w które zmieniły się parę sekund temu pnącza, uleciały na ciepłym prądzie pod sufit.
Nenshou Kokoro, Płonące Serce... cóż, płonęło.
A wraz z nim najbliższe pół metra przestrzeni we wszystkich kierunkach. I odległość ta powoli się powiększała.
Zabiję, zabiję, zabiję!
Wzrok miała skupiony na postaci stojącej na końcu korytarza. Prawie już nie pamiętała, dlaczego tamta ją zaatakowała. To nie było ważne. Wystarczało, że miała przed sobą przeciwnika.
Pod ścianami wyrosły ściany pnącz, zakrywając dokładnie kraty cel. Baala nie opanowana przez moc Płonącego Serca zastanowiłaby się, dlaczego. Baala nie opanowana przez moc Płonącego Serca domyśliłaby się, że nie musi się już martwić dwójką ziemnych klonów, którzy w całości posłużyli za - z braku lepszego określenia - nawóz dla roślinnych murów.
Baala opanowana mocą Płonącego Serca myślała tylko o jednym.
Zabiję.
- Nenshou Kokoro: Paszcza lwa!
Te techniki nie wymagały pieczęci. Po prostu wyciągnęła przed siebie dłonie, zginając palce jak pazury, a ogień zawirował przed nią w kulę ognia, rozpinając się na całą wysokość korytarza w biało-pomarańczową paszczę, która runęła z siłą lawiny. Baala nie czekając, czy tamta kobieta spłonie żywcem czy nie, ruszyła sprintem, chcąc uderzyć przeciwniczkę własną pięścią, poczuć, jak pękają jej kości...
Zatrzymała się. Jej czakra szalała, biła od niej falami, i nagle zetknęła się z obcą czakrą. Silną.
Baala odwróciła się. Po drugiej stronie korytarza ktoś stał. Wysoka, nieruchoma sylwetka. Poczuła gorącą jak wrzątek strugę złości, jak oliwy skapującej do ognia. Zapragnęła spopielić coś - kogoś - na popiół.
Falująca czakra, która zdążyła już owionąć się w jasnopomarańczowe płomienie, nie potrzebowała zachęty. Ścisnęła się w jednym punkcie, po czym buchnęła słupem wirującego ognia prosto w intruza. Baala poprzez mgłę chaotycznego amoku dostrzegła niski, ciemny kształt, który jak znikąd pojawił się przed nieruchomą sylwetką i wybuchnął podobnym słupem, tyle że wody. Oba spotkały się w połowie drogi, a cały korytarz wypełnił ogłuszający syk, jak setki diabelnie rozjuszonych kotów. Na boki prysnęły kłęby pary tak gęstej, jakby nie mogła się zdecydować, czy jest bardziej gazem, czy płynnym ogniem. Przeżarły się niemal na całą głębokość roślinnych ścian, ale te jeszcze wytrzymały.
Dziewczyna aż zawyła widząc, że jej ogień został powstrzymany. Zamachnęła się rękami w powietrzu, a wówczas dłonie oblepiły oślepiająco białe płomienie. Pobiegła w stronę nowego przeciwnika. Szum, jak w kranie, zanim poleci z niego woda, ostrzegł ją na czas, by zdążyła znów cisnąć ognistym słupem. Płomienista włócznia rozdarła z sykiem zasłonę wody, robiąc jej przejście.
Nie zdążyła jeszcze dobiec, gdy to, co jeszcze chwilę wcześniej było tylko statyczną sylwetką, pojawiło się tuż przed nią, chwytając ją za nadgarstki. Zacisnęła zęby, patrząc z wściekłością na twarz w górze, do połowy przesłoniętej maską i z oczami o nienaturalnie zielonych, szerokich źrenicach.
Sam fakt, że skóra mu się nie roztapiała jak masło od otaczającej ich temperatury, doprowadzał Baalę do furii.
Powiedział coś. Nie zrozumiała, co. W uszach jej szumiało. Jakaś myśl usiłowała się przedrzeć do opętanej bojowym szałem świadomości, ale świadomość ani trochę się tym nie przejmowała. Bojowy szał tym bardziej.
Ryknęła, szamocząc się w stalowym uścisku. Zdawało jej się, że dostrzegła niepewność w tych zielonych oczach. A może i ból. To bardzo dobrze. Najwyższa pora, żeby przestał zgrywać skałę i wreszcie zaczął okazywać, że płomienie go parzą.
A potem woda chlusnęła znowu. Z całą mocą, jakby wyrzucana pod ciśnieniem z węża strażackiego, uderzyła Baalę w potylicę.

*

- Parzyste! Teraz muszą wypaść parzyste!
Erika i Hidan zawiśli nad matą, wyciągając szyje, uważnie obserwując postawiony dnem do góry kubek.
- A może nieparzyste? - zwątpiła Erika.
- Gówno tam, a nie nieparzyste. Były już cztery razy pod rząd! Teraz muszą być parzyste!
- Ale może wypadną po raz piąty...
- Prosimy kończyć obstawianie - rozległ się uprzejmy głos krupiera. Gracze obok porozkładali już pieniądze na obstawiane przez siebie wyniki.
- Parzyste! - Hidan przesunął na prawo parę wynędzniałych banknotów, wszystko, co im pozostało z pokaźnego stosu, jaki jeszcze niedawno wygrali.
- Nieparzyste! - odkrzyknęła Erika, ciągnąc banknoty na swoją stronę. Hidan zdążył chwycić za ich krawędzie i teraz przeciągali je między sobą niczym linę.
- Parzyste, idiotko, przez ciebie znowu przegramy!
- Jakie przeze mnie?! To ty się uparłeś na parzyste w ostatnim losowaniu!
- Kończymy zakłady za trzy... dwa... - Krupier przyglądał się spokojnie szamoczącej się dwójce. - ...jeden! Koniec! Prosimy się odsunąć!
Erika i Hidan przestali się kopać i popychać i zastygli w pełnym napięcia oczekiwaniu. Wymiętolone pieniądze leżały po stronie Eriki, a przynajmniej bardziej po jej stronie niż siwusa.
Krupier, trzymając dłoń na kubku, rozejrzał się po wszystkich gościach, czy nikt już nie dotykał pieniędzy. Wtedy uniósł go w górę.
Piątka i trójka.
- Arghh! - jęknęła zielonka, chwytając się za głowę, patrząc ze zgrozą, jak resztka ich pieniędzy zostaje zgarnięta przez drewnianą szufelkę na długim drążku.
- Mówiłem ci, kretynko! - Hidan pacnął ją dłonią w tył głowy. - Przez ciebie wszystko przegraliśmy! I co ja powiem Kakuzu? "Hej, stary, przepierdoliliśmy wszystkie pieniądze, jakie przypadkiem nam zostawiłeś na grę w kości, nie martw się, bawiliśmy się dobrze"?
- A skąd ja mam wiedzieć - burknęła Erika z obrażoną miną, rozmasowując miejsce uderzenia. - Hej, hej, to jeszcze nie koniec! - zawołała desperacko, widząc wytatuowanych ochroniarzy, którzy już zmierzali w ich kierunku. - Jeszcze możemy grać! Patrzcie!
W jej ręku znikąd pojawił się rulon papieru, ozdobiony pieczęcią w kształcie zwiniętego w okrąg smoka. Hidan - otrzeźwiały już dzięki emocjom, jakie zwyczajowo towarzyszą przegrywaniu sporych sum pieniędzy, a przynajmniej takich, z którymi ciężko się rozstać - zadziwił się, w jakim skrawku swojego skąpego ubrania mogła chować ten świstek.
- To grant na majątek rodu Okamura! - huknęła Okamura, wymachując papierem gorylom przed oczami. - Stawiam cały majątek!
Miała dość inteligencji, czy raczej zwykłej przebiegłości, by nie wspominać o tym, że rodowe konto zostało zablokowane osobiście przez jej dziadka. Nie musieli o tym wiedzieć.
Goryle zerknęli z wahaniem na krupierów, a ci znów w stronę trzcinowej zasłonki. Ostatecznie ci drudzy skinęli głowami do tych pierwszych, którzy odsunęli się z powrotem pod ściany. Krupier chwycił kubek, wrzucił do niego dwie kości i zamieszał, po czym zdecydowanym ruchem uderzył nim w podłogę, stawiając dnem do góry.
- Dobra, nie możemy tego spierdolić - powiedział Hidan, gorączkowo rozważając, co powinni obstawić. - Bo mi stary dziad głowę urwie. Dawaj na parzyste.
- Co proszę?! - podburzyła się Erika. - Ja stawiam majątek mojego rodu, więc to ja powinnam zdecydować!
- Ty tylko znowu przegrasz!
- Jak śmiesz?!
- Proszę o spokój - rzekł krupier opanowanym głosem, najwidoczniej nawykły do podobnych widoków.
Erika zasłoniła dłonią oczy i położyła grant po swojej prawej, po stronie Hidana.
- To ja stawiam na nieparzyste - odezwał się głos. Głos z gatunku tych, które wręcz krzyczą, że z ich właścicielem lepiej się nie zadawać. Co gorsza, był on Erice znajomy.
Podniosła głowę i spojrzała w bok, napotykając wzrok... Ciężko właściwie było mówić o wzroku, bo patrzyła w oczy przypominające raczej dwie szparki w twarzy. Gdzieś tam, pomiędzy fałdkami pewnie były gałki oczne, ale trzeba było nie lada wysiłku, aby je zauważyć. W każdym razie z okrągłej, żółtej buzi emanowała sugestia kpiącego spojrzenia. Elementy skojarzeń w umyśle Eriki błyskawicznie powskakiwały na swoje miejsca.
Chwilę patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami.
- To on! - zawołała, gdy wreszcie synapsy w jej mózgu zorientowały się, że to koniec przerwy na kawę. - To on!
- Kto? - zdziwił się Hidan, patrząc na osobę znajdującą się po drugiej stronie oskarżycielsko wyprostowanego palca Eriki. Wyglądało mu to na zwykłego dzieciaka, chyba mniej więcej w wieku zielonki, albo niewiele młodszego. Za sam materiał, z którego uszyto jego ubrania, można by pewnie kupić całą tę budę. - Znasz go?
- No pewnie, że znam! To przecież syn Kuro!
W lokalu zapadła cisza jak makiem zasiał. O ile wcześniej ludzie spoglądali w ich stronę z uśmieszkami rozbawienia, to teraz cała sala wpatrywała się w nich z powagą.
Chłopak o żółtej cerze i szparkowatych oczach - Yun Gan - uśmiechnął się jeszcze szerzej i pokręcił głową.
- Ta uwaga nie była konieczna. Wolę unikać rozgłosu.
Mówił z pewnością siebie kogoś, kogo rozgłos znajdował sam.
- O, żesz ty! - Erika była wyraźnie zbulwersowana. - Jak śmiesz się tu pokazywać?! To znaczy... w tym samym miejscu, co ja. Masz pojęcie, co ja przez ciebie przeżyłam?!
- Cokolwiek to było, sama się o to prosiłaś, jeśli dobrze pamiętam. - Jego szeroki, płaski jak u żaby uśmiech nawet nie drgnął. - Co to powiedziałaś przy naszym ostatnim spotkaniu? A, tak... coś na temat głupich gówniarzy, którym za wiele się wydaje... I rzuciłaś się na mnie. Jak tam jedynki?
- Ukruszone - odpowiedziała odruchowo zielonka. - Znaczy... Nie twój interes! - poprawiła się szybko, czerwieniejąc lekko. Hidan chyba pierwszy raz widział u niej rumieńce wstydu.
- O co tu chodzi? - zapytał w końcu zdezorientowany siwus.
Yun Gan nie zwrócił na niego uwagi. Zwrócił się do krupiera, który trzymał dłoń na kubku do gry, z łaskawym uśmiechem na żółtej twarzy.
- Zdaje się, że blokujemy grę. Przepraszam za to. Jaki jest wynik?
Krupier ocknął się i zerknął na kubek wciąż spoczywający pod jego palcami. Wszyscy jak jeden mąż również na niego spojrzeli. Nawet Hidan wyczekująco wbił wzrok w naczynie, chociaż w tej chwili bardziej niż wynik gry interesowało go, o co tutaj, do licha, chodziło. Patrzyli wszyscy - poza zielonką.
Krawędź kubka się uniosła...
...i wtedy Erika skoczyła na Yuna Gana.

*

Baala siedziała pod ścianą z wyżartych przez płomienie i parę pnączy. Woda jeszcze kapała jej z włosów. W korytarzu było gorąco i wilgotno jak w tropikach, a ona nie pamiętała, jak do tego doszło.
- Co tutaj robiłaś?
Podniosła głowę, by spojrzeć na Kakuzu. On też był mokry, przemoczony płaszcz wisiał na nim ciężko, a kapiąca z niego woda tworzyła wokół stóp ciemną plamę. Znosił to z godnością profesjonalisty. Można to było poznać po tym, że wyglądał nie mniej groźnie niż w stanie suchym. Ona za to pewnie niewiele się różniła od zmokłej kury.
- Pytałem, co tutaj robiłaś.
Nie miała przygotowanej odpowiedzi. Nie miała także sił udawać. Popatrzyła jedynie na niego spojrzeniem mówiącym, że jeśli zmusi ją do odpowiedzi, usłyszy same kłamstwa. Najwidoczniej zrozumiał ten subtelny przekaz, bo westchnął. W gruncie rzeczy ją zaskoczył. Spodziewała się, że będzie wściekły, a wyglądał raczej na... zrezygnowanego. Choć nie była przekonana, że to odpowiednie słowo.
- Wychodzimy stąd. Gdzie są Hidan i Okamura?
Tam, gdzie ich zostawiłeś, miała ochotę odpowiedzieć kąśliwie, ale chociaż byłaby to udana złośliwość, mogła grubo rozmijać się z prawdą. Na myśl, gdzie ta zwariowana dwójka mogła się udać i co właśnie bez ich nadzoru wyczyniać, czuła się, jakby drugi raz zlano ją lodowatą wodą.
- Nie wiem.
Kakuzu nie skomentował tego ani słowem, nawet nie okazał irytacji. Podszedł do muru pnączy, wyciągnął dłoń i wyrwał jeden z pędów z taką łatwością, jakby była to papierowa makieta. Wtedy Baala przypomniała sobie o tych wszystkich ludziach, których tu zamknięto, i jęknęła mimo woli.
- Ż... żyją? - zapytała słabo.
Zwrócił na nią wyprane z emocji spojrzenie. Patrzył tak długą chwilę, aż w końcu miała ochotę zapytać, na co się tak gapi. Nie była w nastroju na dyplomatyczne gierki, choćby miał ją za to zabić.
- Na to wygląda - odparł swym niskim, nie nastrajającym człowieka optymistycznie głosem. Taki głos nadawał się w sam raz do obwieszczenia zgonów. Szczególnie brutalnych. - Zadbali o to, żebyś ich nie zraniła. - Milczał chwilę, być może dając jej czas na przemyślenie tych słów. - Wstawaj.
Podniosła się z ziemi, przesuwając plecami po nierównej ścianie pnączy. Nie była pewna, czy zdołałaby ustać na własnych nogach. Czuła się przyćmiona, jak człowiek wyrwany znienacka z głębokiego snu.
- Co to za miejsce?
Kakuzu, który już się odwrócił i szedł w stronę wyjścia, przystanął.
- To nie jest czas ani miejsce na dyskusje.
- To Tsumaranai, tak? To do nich należy ta arena?
Zatrzymał się. Obejrzał się na nią przez ramię, a ona odwzajemniła się wyzywającym spojrzeniem.
- To nie jest czas... - powtarzał właśnie, ale nie zamierzała pozwolić mu, by dokończył.
- Wiem, że z tym wszystkim mają coś wspólnego Tsumaranai. A oni mają coś wspólnego z Kuro. Ale jaki w tym związek z tobą?
Zdawała sobie sprawę, że balansuje na granicy. A może już ją przekroczyła. Starała się o tym nie myśleć.
- Dużo się dowiedziałaś - odparł cicho po długiej chwili milczenia. - Ale powtórzę po raz trzeci, i jeśli będę musiał powtórzyć się po raz czwarty, gorzko tego pożałujesz. To. Nie jest. Czas ani miejsce na takie dyskusje. A teraz chodź.
Zawahała się.
- A... A ci ludzie? - Niepewnie wskazała ręką na cele.
- Nie pomożesz im. Nie teraz.
I poszedł, nie oglądając się, czy za nim idzie. Baala zacisnęła zęby. Chciałaby wierzyć, że w innym czasie i miejscu - najlepiej niezbyt odległych - otrzyma upragnione odpowiedzi, ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Kakuzu umyślnie ją zbywa.

*

- W górę, hop, hop! A teraz z lewej! - Yun świetnie się bawił, dając zielonce wskazówki, jakiego ataku ma się spodziewać. - Uważaj, pod nogami!
Wybuchnął szczerym, rozradowanym śmiechem, kiedy szarpnął za brzeg maty, a Erika niemal straciła równowagę. Zielonka odskoczyła w bok, wyrywając w przelocie jednemu z - zszokowanych rozwojem wypadków - krupierów kubek do gry i rzucając nim prosto w głowę irytującego żółtka.
- Ty gnoju! A masz! - krzyknęła, jak gdyby usiłowała dodać sobie animuszu.
"Gnój" uchylił się przed pociskiem ruchem głowy, nie przesuwając stóp nawet o milimetr. Kubek z brzękiem rozbił się na twarzy któregoś z graczy; nieszczęśnik padł do tyłu nieprzytomny.
- Rozpierducha! - ucieszył się Hidan, wprawionym ruchem ściągając kosę z pleców i od razu wyrzucając ją przed siebie.
Gracze w końcu zorientowali się, że dalsze przebywanie w domu hazardowym grozi utratą krwi, kończyn i - względnie - życia. Zaczęli tłoczyć się ku wyjściu, wydając z siebie okrzyki typowe dla spanikowanego tłumu. Krupierzy - który mieli za sobą mniejszy bądź większy kawał gangsterskiego żywota - zareagowali z większym opanowaniem, natychmiast odsuwając się poza zasięg walczących. Zwaliści ochroniarze ruszyli do przodu jak ożywione głazy. Trójzębna kosa o ostrzach pomalowanych, zapewne ze względów czysto praktycznych, krwistym szkarłatem wbiła się w ścianę. Nie speszyło to siwusa, który szarpnął za przymocowaną do trzonka broni linę, a narzędzie kojarzone z pokojowymi pracami w polu pomknęło do jego dłoni. Zaryczał tryumfalnie i ruszył biegiem ku nadciągającym gorylom, a w tym czasie Okamura dokonywała cudów gimnastyki, usiłując dosięgnąć choćby jednym ciosem znienawidzonej, żółtej gęby.
- Świnia walczy lepiej od ciebie! - zaśmiał się Yun bezczelnie, uchylając się oszczędnymi ruchami przed każdym z ataków.
Kucnął, unikając szerokiego zamachu pięścią, i sprawnie podciął dziewczynie nogi. Ta runęła do tyłu, prosto na stoliczek z czarkami i buteleczkami sake. Zabrzęczała tłuczona porcelana i rozległ się suchy trzask drewna.
- A, a, ał, ałaa... - jęknęła Erika.
Chwilę leżała, negocjując możliwość wstania z bólem porażającym plecy. Nad nią przystanął żółtoskóry chłopak, dłonie opierając o kolana i nachylając się nad powaloną przeciwniczką. Nawet zdobył się na ironicznie zatroskaną minę. To zaskakujące, jak szerokim spektrum ekspresji twarzy dysponował, skoro jego oczy niczym się nie różniły od dwóch skośnych kresek.
- Ty... gówniarzu... czekaj no tylko...
- Skończyłaś już udawać pijaną krowę? - Głos miał tak przesiąknięty fałszywą uprzejmością, że tylko ułamek prawdopodobieństwa dzielił ją od kapania na podłogę. - A może po prostu starasz się o przyjęcie do cyrku?
Zasyczała jak rozzłoszczony kot, a nagły przypływ sił nie tyle co postawił, co wręcz rzucił ją na nogi. Zamiast jednak wznowić zaciekłe ataki, przyszło jej do głowy, że najpierw powinna wygrać walkę psychologiczną. Jak prawdziwy strateg, połechtała się w duchu. Gdzieś z tyłu huknęło, gdy jeden ze zwalistych ochroniarzy padł na papierową ściankę.
- Zabawne, że o tym wspominasz, bo właśnie się zastanawiałam, czy z jakiegoś cyrku nie uciekła żółta małpa.
Jego uśmiech leciutko drgnął. Punkt dla mnie!
- Nic mi o tym nie wiadomo, ale wygląda na to, że zgubili klauna. - Schylił się i podniósł z podłogi dwie, zapomniane w rozgardiaszu, kostki do gry. - Z taką twarzą trudno ci będzie liczyć na inną karierę.
Otworzyła szerzej powieki i nabrała powietrza w płuca, oburzona, ale zaraz zdołała odzyskać ostrość myślenia i wypaliła:
- Kuro powinien oddać cię z powrotem do tego przytułku, z którego cię wziął, i wybrać sobie grzeczniejsze dziecko!
Trafiła w dziesiątkę. Uśmiech na twarzy Yun Gana zgasł jak płomień świecy nakrytej szklanką.
- To nie było miłe - powiedział zmienionym tonem, w którym nie pobrzmiewało nic z wcześniejszego szyderstwa.
Erika zaśmiała się triumfalnie i złożyła dłonie w pieczęci.
- Co ty nie powiesz! Element wiatru: Strumień powietrza!
Powietrzny wir runął do przodu, rozrzucając pod ściany kubki, kostki, maty, a nawet tych graczy, którzy jeszcze nie zdążyli uciec. Yun zdążył zareagować: uskoczył w bok, odbijając się dłońmi od podłogi i lądując pewnie na stopach dwa metry dalej, jednocześnie zrobił szybki ruch ręką.
- Ajj!
Pojedyncza kostka do gry trafiła zielonkę idealnie w środek czoła. Odruchowo odchyliła głowę do tyłu, o mało co nie tracąc równowagi. Kiedy przywróciła ją do pionu, nie dostrzegła nigdzie przeciwnika. Rozejrzała się ze zdezorientowaniem, ale jedyne, co zobaczyła, to zdemolowany dom gier, dodatkowo urozmaicony o malownicze strugi czerwieni. Hidan wył jak w szale, wywijając ochlapaną krwią kosą na wszystkie strony, a w przypadkowych miejscach na podłodze leżały ciała - albo same ich fragmenty. Ubranie i twarz miał pochlapane posoką, przez co przypominał niedoszłego malarza nadużywającego czerwonej farby.
- Jashinie!!! Usłysz mnie!!! Przyjmij te ofiary, które ci dziś składam! Twój wierny wyznawca przeleje tej nocy jeszcze wie... O, cześć, Kakuzu. - Głos Hidana w ciągu sekundy przeszedł ze skowytu fanatyka do tonu spokojnej pogawędki.
Wraz z Kakuzu na miejsce masakry wkroczyła cisza i powaga tak śmiertelna, że nawet sam ponury żniwiarz nie mógłby wywołać większego wrażenia. Stał w wejściu; zza niego wyglądała Baala, ze zgrozą patrząc na to, co pozostało z jaskini hazardu. Chociaż coś w jej minie sugerowało, że takiego właśnie widoku się spodziewała.
- Hidan...
- To, ee, nie mo... nie nasza wina. - Siwus zerknął z ukosa na Erikę, oczekując, że zielonka poczuje się współodpowiedzialna za te wydarzenia. Dziewczyna drgnęła i szybko wycofała się w bok, byle jak najdalej od zamaskowanego, który powolnym krokiem zmierzał ku kosiarzowi.
- Hidan...
- No co! - wybuchnął siwus. - Poszliście sobie w cholerę, co mieliśmy robić?
- Twoim zdaniem demolować miasto, tak? - warknął na niego Kakuzu.
Podniósł rękę, wyglądało na to, że chce go uderzyć - Hidan już profilaktycznie wzniósł kosę, by się nią zasłonić - ale dłoń wyminęła żelastwo i ucapiła siwusa za kark. Kakuzu potrząsnął nim, Hidan zrobił minę niezadowoloną jak kot wpychany do kąpieli i zaczął się bezskutecznie szarpać.
- Zostaw mnie, stary popierdoleńcu!
- Wychodzimy, zanim przyślą tu jakieś siły porządkowe. Albo oddział własnych shinobi - rzekł zamaskowany tonem tak ciężkim i nie dopuszczającym żadnego sprzeciwu, że nawet Hidan struchlał i przestał stawiać opór. - A z tobą policzę się później - obiecał mu groźnie.
Erika odetchnęła dyskretnie z ulgą, ale w tym momencie padło na nią spojrzenie zielonych źrenic.
- Z tobą też sobie porozmawiam. A teraz wszyscy na zewnątrz. No już!
Nikt nie ośmielił się z nim dyskutować. Grupka opuściła pospiesznie zniszczony dom gier, zostawiając za sobą jęki rannych i krzyki ocalałych.

*

Yun szedł skocznym krokiem przez jedną z bocznych uliczek, gdzie nie panował taki tłok, jak na głównych arteriach komunikacyjnych miasta. Lubił chłód nocy i panującą wtedy rześkość powietrza, nie obciążanego już palącym żarem słońca, a mógł się nimi najbardziej cieszyć tam, gdzie było jak najmniej hołoty zakłócającej ciszę i spokój. Pogwizdywał pod nosem, zadowolony z minionego dnia. Okamura była taka śmieszna; nie spodziewał się, że po tamtym upokorzeniu, jakie sprawił dziewczynie w jej własnej wiosce, jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy. Wyśmienity humor trochę mu jednak zrzedł, gdy przypomniał sobie ostatnią z jej obelg.
- Dobry wieczór, Yun.
Przystanął i obejrzał się w górę. Na okapie najbliższej, zamkniętej już restauracji, siedziała przesłonięta mrokiem postać. Widoczny był zarys kapelusza z szerokim rondem i niepokojący, biały blask oczu.
- Wujaszek Hanzou! - Uśmiechnął się przymilnie, udając radość. - Nie wiedziałem, że jesteś w Tsurudze!
- Co robisz tutaj sam? - zapytał tamten surowo. - I to o tej godzinie?
Chłopak zrobił niewinną minę. Hanzou podniósł się i zeskoczył z dachu, lądując tuż obok niego. Wyprostował się; miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i Yun czuł się przy nim bardzo mały, ale zupełnie go to nie onieśmielało.
- No wie wujaszek... Stale mnie pilnują, to już robi się męczące... Chciałem się wyrwać i na własną rękę zobaczyć trochę miasta.
- Na szczęście cię zauważyłem - burknął. - Odprowadzę cię do hotelu. Czy nie wiesz, jak niebezpieczne są ulice nocą w mieście takim, jak to? Ktoś mógłby zrobić ci krzywdę i nawet imię twojego ojca by ci nie pomogło. Jeśli chciałeś wyjść, mogłeś poprosić Furume albo Shounosuke, żeby ci towarzyszyli.
Yun przewrócił oczami. Nie potrzebował nianiek, ale wiedział, że "wujaszek" nie zrozumiałby jego punktu widzenia.
- Odprowadzę cię do hotelu - oznajmił Hanzou stanowczo, a chłopak jęknął z zawodem, po części udawanym, a po części autentycznym.
- Ale to już niedaleko... Nie trzeba, wujaszku, ja sam...
- Bez dyskusji.
Ruszył za nim smętnie, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Po paru minutach milczącego spaceru niespodziewanie olśniła go myśl, że nawet jeśli nie może się już włóczyć po Tsurudze samopas, może przynajmniej trochę podręczyć nadopiekuńczego wujaszka. Zerknął z ciekawością na jego plecy.
- Wujaszku, o co chodzi z tym waszym znajomym... Kakuzu, tak? - zapytał zdawkowo.
Hanzou obejrzał się na niego przelotnie przez ramię.
- Czemu pytasz?
- Bo ten człowiek chce zabić mojego ojca - odparł beztrosko. - A przecież kiedyś dla niego pracował, prawda?
Mężczyzna westchnął i przez chwilę milczał, być może rozważając dobór kolejnych słów.
- Niektórym łatwo przychodzi zapominanie, ile komuś zawdzięczają - stwierdził niejasno. - To się często zdarza. Nie przejmuj się, twojemu ojcu nie stanie się krzywda. Hajime, Shounosuke i pozostali... no i ja... zadbamy o to.
Chłopak wydął wargi. Ta odpowiedź wcale go nie usatysfakcjonowała, podobnie jak protekcjonalne traktowanie. Myślał nad innym tematem, którym mógłby go podręczyć, ale w tym momencie dotarli na ulicę, przy której znajdował się hotel. Chcąc nie chcąc, pozwolił zaprowadzić się do budynku, gdzie pożegnał mężczyznę, miarkując uprzejmość w tonie głosu.
Denerwowało go to wszystko. Nie był przecież dzieckiem; dużo młodsi od niego szkolili się na shinobi i brali udział w morderczych egzaminach i śmiertelnych walkach, a jego obstawiano mniej i bardziej kompetentnymi opiekunami, jakby nie potrafił o siebie zadbać. Wykrzywił usta, idąc wskroś holu do schodów, zupełnie ignorując usłużnego lokaja, który wyrażał - nieszczere, co do tego nie miał wątpliwości - zmartwienie i chęć odprowadzenia go aż pod drzwi pokoju. Gardził takimi ludźmi i nie uważał za wskazane okazywać im swą uwagę.
Nie jechał windą, zamiast tego wolał głośno biec po schodach z nadzieją, że może pobudzi innych hotelowych gości. Pomyślał znów o Okamurze i reszcie tych zabójców, którzy nastawali na życie jego ojca. Nie miał zamiaru obserwować biernie wydarzeń z boku. I nikt nie powstrzyma go od wzięcia udziału w walce.
Zadowolony z własnego postanowienia, dotarł do pokoju i wszedł do środka.


W przygotowaniu...

2 komentarze:

  1. Jejku ty żyjesz! Wróciłaś! Nawet nie wiesz jak się cieszę!
    Znalazłam Cię na Wattpadzie, ale nie sądziłam, że tak szybko dodasz nowy rozdział. Czuję się bardzo miło zaskoczona.
    Kakuzu kojarzy mi się z taką mamusią, ktora cały czas musi pilnować swoich wychowanków. Ale i tak Erika jest moim bogiem.
    Czekam i na pewno będę czekać na kontynuacje i będę dalej gwiazdkować na Wattpadzie c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raduje mnie niezmiernie, że to opowiadanie sprawia komuś tyle przyjemności, choćbyś nawet miała być jedyną osobą, która jeszcze je czyta. Dziękuję :)

      Usuń